Homilia wygłoszona podczas Mszy Świętej w Niedzielę Bożego Miłosierdzia w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w krakowskich Łagiewnikach.

Obraz Jezusa, namalowany według wizji św. Siostry Faustyny każdego roku przyciąga miliony pielgrzymów spragnionych miłosiernego spojrzenia Boga. Obraz ten oprócz dobrych i miłosiernych oczu posiada niezwykłą wymowę. Zmartwychwstały Pan podnosi jedną rękę w geście błogosławieństwa, a drugą wskazuje na swoje przebite Serce. Wygląda, jakby szedł w stronę patrzącego nań człowieka. Sprawia wrażenie, jakby miał zaraz wyjść poza ramy obrazu.
Nie można oprzeć się refleksji, że taka jest prawda o Zbawicielu. Jezus nie tylko nieustannie jest w drodze do człowieka. On, przychodząc, łamie wszelkie ludzkie ramy: wyobrażeń, przyzwyczajeń, lęków i słabości; wszystkiego, co nas ogranicza i zamyka na Jego miłość.

Właśnie w taki sposób wszedł do zamkniętego wieczernika, by objawić się uczniom. Bardzo Mu zależało na tym, by zobaczyli w Nim Zbawiciela i uwierzyli, że wszystko, co im mówił, gdy nauczał, uzdrawiał, wskrzeszał, karmił głodnych i odpuszczał winy, jest Prawdą pochodzącą od Ojca. Przyszedł do wieczernika również po to, by mógł Go zobaczyć i uwierzyć Tomasz. Pozwala Mu dotknąć swoich ran i przekonać się, że Jego Pan i Bóg żyje.

Jezus przyszedł do uczniów z konkretnym darem. Przyniósł im, zamkniętym i zalęknionym, swój pokój. Wszedł w sam środek wieczernika, nie robiąc im wyrzutów, że uciekli spod krzyża. Nie pytał, dlaczego Go opuścili w najtrudniejszej chwili. Usłyszeli: Pokój wam. Odpowiedzią na ludzki strach, zwątpienie i słabość jest Jego nieskończona miłość. Nie koniec na tym. Jezus umacnia swoich uczniów i posyła ich, by z tym darem Jego miłości szli do świata, tak jak On to czynił. Oczekuje, że przełamując lęk wyjdą z wieczernika. Oczekuje, że będą przekraczać ludzkie ramy i granice, i świadczyć o Zmartwychwstałym, głosząc Dobrą Nowinę o zbawieniu.

Tegoroczną Niedzielę Miłosierdzia przeżywamy w szczególnym dla Kościoła czasie. Konfrontując się z prawdą o wyrządzonym złu, z obnażoną słabością instytucji, przypominamy zamknięty wieczernik, w którym wielu miałoby ochotę ukryć się przed światem. Jesteśmy jak uczniowie Jezusa zaraz po Jego zmartwychwstaniu: zalęknieni, pełni bólu i wstydu wywołanego świadomością, jak bardzo zawiedli Pana, bo odwrócili się od Niego wtedy, gdy najbardziej ich potrzebował.
Zamknięty wieczernik nie jest jednak istotą Kościoła. Nie zostaliśmy powołani do tego, by kryć się przed światem, ale po to, by do niego wychodzić.

Trzeba jednak powiedzieć i to, że uczniowie Jezusa po ludzku potrzebowali tego czasu. Zamknięcie w wieczerniku zawiedzionych oczekiwań, frustracji i lęków, konfrontacja z tym, co słabe i grzeszne, przygotowało ich na spotkanie z Panem, który obdarza pokojem i pojednaniem. Aby doświadczyć tego pokoju, najpierw trzeba, jak Tomasz, dotknąć ran Jezusa. To bolesny, ale konieczny moment stanięcia w prawdzie wobec Niego, bo to Jego ranimy, gdy słowem, postawami i czynami wyrządzamy krzywdy ludziom.
To także moment stanięcia w prawdzie wobec tych, którzy cierpią z powodu tych ran. Ten moment dotknięcia ran, które zadaliśmy naszemu Panu, jest pierwszym krokiem powrotu do Niego i do wierności Jego Ewangelii. Widzimy i doświadczamy, że nie jesteśmy lepsi od innych. Sam fakt wybrania i powołania nie czyni nas automatycznie lepszymi, bardziej świętymi. Gorzkie doświadczenie własnej słabości uczy, że nie zbawimy świata swoimi siłami, choć czasem poddajemy się pokusie takiego myślenia. Pokora, która rodzi się z tej świadomości, jest początkiem uzdrowienia i otwarcia na łaskę.

Wchodząc do zamkniętego wieczernika Jezus nie przemienia cudownie swoich uczniów, nie sprawia, że znikają ich wątpliwości, pytania i słabość. Obdarza ich jednak swoim pokojem, przywraca nadzieję, a tchnąwszy w nich Ducha Świętego – wprowadza w rzeczywistość, w której miłość jest silniejsza niż grzech, gdzie Boża moc rozsadza ramy ludzkich stereotypów, układów i struktur.

Tylko pokój, którego źródłem jest zmartwychwstały Pan, uzdalnia do głoszenia Dobrej Nowiny. Bywa, że opierając się na ludzkich sposobach wychodzenia z zamknięcia, zaczynamy głosić złą nowinę: samych siebie i własne koncepcje. Bywa, że oceniamy świat według swoich, a nie Bożych kryteriów i zamiast radosnej nowiny niesiemy ludziom słowa odbierające nadzieję. Tak dzieje się zawsze, gdy pokładamy ufność bardziej w sobie, niż w Jezusie.

Pokój, który przynosi Pan, nie jest łatwym darem. Naiwnością byłoby oczekiwać, że świat po Zmartwychwstaniu będzie miejscem, w którym nie ma konfliktów, niesprawiedliwości i zła. Jezusowy pokój jest też darem wymagającym, bo nietrudno go roztrwonić, jeśli nie jest dzielony z innymi. Powołaniem uczniów Chrystusa jest wprowadzanie Jego pokoju wszędzie, gdzie jest to możliwe i konieczne. Nie może się nazywać uczniem Jezusa człowiek, który wprowadza zamęt, a nie pokój, lęk a nie radość, podziały a nie pojednanie.

Pielgrzymujemy dziś do Łagiewnik ze świadomością, że sami nie poradzimy sobie ze wszystkim, co w nas samych i we wspólnocie Kościoła jest słabe, zamknięte i obolałe. Pragniemy dotknąć Jezusowych ran i wyznając za Tomaszem „Pan mój i Bóg mój” otworzyć się na Jego miłość. Pozwólmy, by ona nas uleczyła i uzdolniła do tego, byśmy mogli dzielić się Bożym pokojem ze światem i być dla niego znakami nadziei silniejszej niż zło i grzech.